RSS
wtorek, 19 maja 2009
Faaborg
 Zrobiłem sobie wreszcie przerwę. Od studia, zajęć, wszystkiego... wstałem o 11 na lunch i po pozałatwianiu kilku drobiazgów o 13:00 byłem w drodze do Faaborga. Po drodze zahaczyłem o centrum Svendborga, bo musiałem kupić spodnie.

Vis stort kort
 Trasa właściwie była takim pierszym poważnym testem, czy plan dojazdu do Polski jest wykonalny. Jak na dzisiaj jest, jutro zobaczymy. Pierwszy etap do Svendborga (10km) zajął pół godziny - dokładnie tak jak chciałem, jadąc bez pośpiechu i oszczędzając siły na później. Drugi etap - kupowanie spodni zamknął się w dwóch kilometrach i ponad godzinie:)  O 14:45 ruszyłem w trzeci - 26km do Faaborga trwało godzinę piętnaście, dając średnią troszkę ponad 20km/h. W samym mieście zamarudziłem prawie dwie godziny, z jednej strony odpoczywając, z drugiej strony zwiedzając - miasteczko śliczne aczkolwiek "nieco" senne. Jedna główna ulica handlowa, jedna wieża widokowo-dzwonowa na którą nie dało się wejść, piękna przystań i ponoć warte zobaczenia muzeum, ale zamknięte. Wizytę warto rozpocząć od centrum turystycznego przy poczcie (ja tam wpadłem dopiero po 17:00, było już zamknięte od godziny) albo lokalnej księgarni (pocztówki, znaczki i darmowa mapa!). Jak już się przejedziemy wszystkimi ulicami i napatrzymy na statki i łodzie, nie zostaje nic innego jak coś przegryźć i ruszać w dalszą bądź powrotną drogę.

 Ostatni etap był zaplanowany bez postoju, 35km zajęło 2h (zmęczenie dawało już się we znaki, więc pojawiały się błędy w nawigacji zwłaszcza przy nienajlepiej oznakowanym dla rowerów połączenie drogi nr 44 i nr 163). Co i tak jest przyzwoitym czasem, biorąc  pod uwagę to, że nie ruszałem się na rowerze dalej niż 12km od prawie miesiąca.

  Siniaki na ramionach od plecaka - czyli ten plecak to NIE jest dobry pomysł na 400km. Albo inny albo sakwy.

 W planach koncert zagrany na drzewie w bliżej nieokreślonej przyszłości (mała zapowiedź tutaj: http://www.myspace.com/squarestobend), koncert w jakiejś innej hojskole 6 czerwca (czyli tego samego dnia, którego wracam z Polski), jeszcze jakiś koncert i pewnie coś jeszcze:) No i oczywiście miksy tych wszystkich nagrań, które robiłem.

 Jest co robić.
wtorek, 12 maja 2009
Studio studio studio

 Nagrywki z Pioneersami poszły całkiem nieźle, mamy już podstawowe ścieżki, teraz dogrywki drugiej gitary, syntezatory i przeszkadzajki. Powinno być dobrze.

 Kilka dni pracy od 11 do 11 i do tego zbyt krótkiego snu (sporo poniżej 8h) i już czuję zmęczenie. Zabawne, ale potrzebuję więcej snu przy pracy umysłowej, niż po wysiłku fizycznym. Więc dzisiaj spałem do 12.

 Plany się robią, powrót na rowerze do Polski pomysłem wciąż aktualnym, nawet mam wstępną trasę przygotowaną, z postojami. A poza tym to studio, studio, studio... I dobrze.

niedziela, 03 maja 2009
Studio

Czwartek - nagranie z Pioneers of Transmission. Z ciekawych rzeczy - reamping fortepianu przez piec gitarowy z przesterem, nagrywanie basu z pieca postawionego na trawie używając SM57. Piątek - miks Monkey named Paul. Sobota i niedziela (wczoraj i dziś) - nagranie ze Streaming Dreams. Eksperymentuję z werblem, postawiłem cztery SM58 bez główek i patrzę, jak się najlepiej sprawdza. W ten poniedziałek koncert z Fronkiem, muzyka troszkę w stronę Sigur ros, baaardzo proste granie, ale trzeba tak zagrać, żeby żarło. Loopy z komputera, wokal przez komputer, trochę dogrywanych rzeczy na żywo przez midi z Logica, gitarka z pieca, wurlitzer z Clavii przez Fender Blues Jr (brzmi super), zestaw stopa + werbel + hihat + ride i kontrabas.

 Wtorek - środa miksy Psychowalks of Eternal Karma (tak, też mi się podoba nazwa zespołu:), czwartek - niedziela duże nagranie z Pioneers of Transmission. Co od poniedziałku nie wiem, ale w międzyczasie robię adaptację akustyczną reżyserki (przeszliśmy od fazy projektu do kupowania wełny szklanej) i do tego normalnie chodzę na zajęcia... duński, muzyka, taniec, golf. Jest co robić. Nie ma czasu na sport niestety, nawet na jeżdżenie na rowerze. I już widzę, że nie będzie w przyszłym tygodniu...

niedziela, 19 kwietnia 2009
Dzienniki rowerowe część kolejna

View Larger Map

1h 45min. Czyli średnio 20km/h na 35km trasie. Jak na mnie przyzwoicie. A poza tym próbowałem wczoraj się spić Baccardi, wydałem kupę kasy, wypiłem sporo i... nic z tego:) Co prawda błędnik już troszkę szwankował, ale miałem totalną kontrolę nad tym, co się dzieje, ciągle mnie obchodziło czy ludzie na mnie patrzą jak tańczę i ciągle nie czułem się na imprezie swobodnie. Ech... Trzeba będzie pić więcej.

środa, 15 kwietnia 2009
Magick

 Tytuł tak po prostu, bo sobie słucham. W święta Kopenhaga w fajnym studiu przez cztery dni, nawet mi się udało gościnnie zagrać na płycie. Trochę zwiedzania, poznawania komunikacji miejskiej z metrem jeżdżącym bez kierowcy, (steruje komputer, dziwne wrażenie), oprócz tego Malmo, Lund i autostop z Nyborga do Oure. Bardzo szybko i sprawnie. Okazuje się że właściciel i jednocześnie realizator niezłego studia w Kopenhadze ma na czysto ok. 30tys zł miesięcznie! Ja tu chcę pracować, nawet za połowę tej kwoty. W dodatku facet jest bardzo dobry, ale w żadnym razie nie rewelacyjny. Natomiast sprzęt... mała konsola API 1608, SSL xLogic x2, UA 1176 x3, Distressory, taśmowy delay Rolanda, dużo jakiegoś egzotycznego sprzętu, PT HD i monitorki ADAM S3-A, NS-10. Mikrofony niektóre dziwne, ale standardowe też są. No i kupa backline'u - VOX, Marshall, Fender do wyboru, Hammond z Leslie itd.. Generalnie ślady brzmiały fantastycznie, miks natomiast - mam wrażenie - mógł być lepszy. Bębny brzmią w tej piwnicy fantastycznie rockowo (stary Ludwig z lat 70'), gitary (Fender Telecaster i Gibson Les Paul -> lampowe combo Fendera -> SM 57 -> przedwzmaniacz API, klasyka taka, że bardziej się nie da) też dobrze, ogólnie klimat bardzo rockandrollowy (Johan pali ogromne ilości papierosów, na zapleczu gigantyczne ilości pustych butelek po piwie itd...)

 Doświadczyłem ciekawej sytuacji mieszkania w jednym państwie, a pracowania w drugim - tylko przez trzy dni, niemniej było to ciekawe. Kopenhaga piękna, bardzo przemyślana i ewidentnie zrobiona pod pieszych i rowerzystów, w centrum kierowcy samochodów mogą się poczuć jak intruzi, patrząc po ilości miejsca na drodze przeznaczonej dla nich. Na mnie ogromne wrażenie zrobiły parki - z wielkim cmentarzem Vestre na czele, gdzie pierwszy raz w życiu udało mi się sfotografować wiewiórki. Cmentarze w Danii mają (z Polskiego punktu widzenia) więcej wspólnego z parkiem niż z galerią "kogo stać na większy grobowiec". Poza tym fantastyczny ogród botaniczny należący do jakiejś wyższej szkoły weterynaryjno-przyrodniczej, nie wiem dokładnie o co chodzi. Christianshavn z wielkimi placami i przygniatającymi budynkami, kanały, mosty, relatywnie niska architektura, morze... w każdym razie ja się czuję tam nieźle, i może nawet uda mi się stolicę Danii odwiedzić na dłużej... Erasmus?

 No, tyle na dzisiaj.

czwartek, 02 kwietnia 2009
Nauka

W ostatnim czasie poznałem kilka nowych rzeczy: indeks glikemiczny, full normal patchbay (i half-normal też), HST, Reason 4 i coś pewnie jeszcze. Rozwijam się jak widać.Wczorajszy rowerek (40km z małym hakiem) odbył się pod znakiem odczuwania 130kg wyciskanych nogami na siłowni dnia poprzedniego, tak że tempo nie było oszałamiające, a i jedną górkę musiałem kawałek podejść, bo nie dałem rady. Nic to, na sobotę planuję 50. A niedługo później (okaże się) może i sporo więcej - taki pierwszy test całodzienny. W każdym razie pierwsza wyspa poza Fyn zaliczona, fajnie się jeździ wiedząc, że z każdej strony dookoła jest woda, co chwila napotykając warsztaty szkutnicze, przystanie z jachtami, domy na których ktoś właśnie kładzie nową strzechę - nie, to nie żart, sam widziałem wczoraj, jak profesjonalna ekipa budowlana kładła nową słomę na dach.


Zobacz większą mapęwczorajszego wyjazdu

Zamieniliśmy wczoraj Musikhus w Fodboldhus - odpaliliśmy transmisję w internecie z meczu Polska - San Marino, podczepiliśmy się pod projektor LCD w głównej sali wykładowej, głośniki do karty dźwiękowej kompa i raczyliśmy się dziesięcioma golami Polaków. Sympatycznie.W międzyczasie próbuję tworzyć jakąś elektronikę na zajęcia z Janem, jak zwykle jest dzień przed a ja jestem trochę w lesie. Ale bębny już całkiem fajnie wyszły, jak na samodzielnie robione z szumu i sinusa. Właśnie idę pracować dalej. Wieczorem robię test na siłowni na maksymalne obciążenia dla serii 2x10, ale wyników nie opublikuje bo wstyd:)

Pozdrawiam

poniedziałek, 30 marca 2009
Spać...

Morgenmad. Dansk. Mokost. Musik. Cykle. Aftensmal. Sove. Blogging. Sove.

 Ta... nie ma jak długie, solidne podjazdy pod wiatr 30km/h w porywach do 50. "Rowerzysto - wiatr twoim wrogiem!". Ale dało radę, mimo że było na początku dosyć ciężko. Bez problemu utrzymuję przy takim wietrze średnią typu 17km/h, wliczając w to postoje na sprawdzenie mapy, zrobienie zdjęcia czy napicie się wody (bo nie mam bidonu, tylko butelkę po Fancie). Na dobrej, płaskiej drodze wychodzi jakieś 23km/h przelotowej, więc nie jest tak źle. Biorąc pod uwagę że moja kurtka jednak stawia większy opór niż dopasowana bluza rowerowa z jakiegoś kosmicznego materiału, której nie mam.


View Larger Map

Spałem raptem 4h i mnie po tym rowerze zmogło. Zapowiada się więc łącznie 12h snu, co nie jest takim złym pomysłem... w sumie nawet basen jutro o 6:30 wydaje się osiągalny.

Dobranoc...

Ech..

Pojechałem do Svendborga kupić rower. Autobusem (30 DKK w jedną stronę). Potem przelazłem pół miasta żeby dojść do domu aukcyjnego. No i oczywiście zapomniałem przestawić zegarek...

 Własnego roweru nie mam zatem w ciągu dalszym.

A obiad (hamburger+frytki+cola 0,5l) w jakimś obskurnym barze "Valentino II" obsługiwanym przez Araba kosztował - uwaga - 59 DKK, co się przekłada na jakieś 40zł...

To jest możliwe  tylko tutaj.

czwartek, 26 marca 2009
Zaległości

Dłuższy czas zdarzyło mi się nie pisać, a to z kilku powodów.

 Po pierwsze - przyjechał na tydzień kumpel basista, więc wreszcie było z kim grać, gadać, posłuchać muzy, pojechać na rowerze do Svendborga i w ogóle fajnie. Po drugie w poprzedni wtorek był koncert przy którym się dość solidnie się narobiłem, bo - oprócz grania w trzech numerach - dodatkowo nagrywałem (liczba pojedyncza jak najbardziej nieprzypadkowa) wszystko wielokanałowo, robiąc jeszcze do tego miks stereo (w tych numerach w których nie grałem). Nagranie wyszło tak sobie (nie ma jak Behringer jako mikser do przodów), ale moje solo w jednej z piosenek zostało przyjęte owacyjnie. Nie przeszkodziło to nam jednak położyć innego utworu. 

Po trzecie przez cały weekend nagrywałem pewien KingKrimsono-podobny zespół, którego gitarzysta był dla mnie ogromnym wyzwaniem, bo tak głośnej i przesterowanej gitary nigdy w życiu nie słyszałem. W dodatku była w małym pokoju, obrzydliwie podbijającym dół itd... chyba dałem radę tak jak się dało, w każdym razie zespół zadowolony. Perkusja nagrana techniką Glyna Johnsa, czyli jeden OH patrzący prosto z góry na bijak stopy, drugi ustawiony trochę nad dużym tomem i patrzący na hi-hat, oba w identycznej odległości (na oko troche więcej niż dwie pałeczki perkusyjne) od środka werbla. Daje radę, wyszło oldschoolowo a o to chodziło. Oczywiście do tego mikrofony do stopy i dodatkowy do werbla, bo bez tego to się nie da. Ale nie podoba mi się przewalony hi-hat bez precyzyjnej lokalizacji. Poza tym fajne.

 Tyle z "dużych" rzeczy. Z małych, a ciekawych: miałem zajęcia wokalne na których śpiewałem "I won't hold you back" (w C, bo Es to dla mnie trochę za wysoko), zdaje się że Naja (tutejsza nauczycielka śpiewu) wreszcie mnie doceniła, zarówno instrumentalnie jak i (zdziwiłem się) - wokalnie. Już wiem co będę śpiewał na najbliższym karaoke, na które gdzieś się wybiorę. 

Pogoda idiotyczna - świeci słońce i pada śnieg. NARAZ. Temperatura krąży koło 0 - 3, więc nie jest tragicznie, ale wiatr w porywach ponad 50km/h, a to już jest dużo. Kilka dni temu grałem w piłkę na świeżym powietrzu, dzisiaj musiałem dopiąć polar z powrotem do kurtki, żeby nie zamarznąć w drodze na stołówkę.

Zacząłem się bawić UA LA-610, takim przedzwmaniaczem/kompresorem będącym nowym wydaniem połączenia starego sprzętu produkowanego w latach 50... Kompresor jest bazowany na tym samym układzie co LA-2A i na głosie jest niesamowity - można spokojnie zgnieść wokal o 10dB i prawie tego nie słychać, tylko trzeba po nim trochę całość rozjaśnić, bo ma obciętą górkę. Po prostu głos zaczyna brzmieć "po amerykańsku". W dodatku ma tylko dwa pokrętła (gain przed i po tłumieniu) i jeden przełącznik (kompresor/limiter) co powoduje że jest banalnie prostu w obsłudze. Nie słyszałem żadnego plug-inu który byłby w stanie zrobić coś podobnego, a udający go kompresor/limiter Bomb Factory (BF-2A) działa podobnie tylko wtedy, gdy się nie przekracza 2dB tłumienia. Potem z każdym decybelem różnica na korzyść oryginału jest coraz bardziej dramatyczna. Zaczynam być fanem sprzętu.

Grałem dzisiaj pierwszy raz w życiu w piłkę ręczną. Nie miałem pojęcia że smaruje się ją klejem, nie miałem pojęcia że jest to aż tak agresywna, siłowa gra, nie miałem pojęcia że tak trudno rzucać, nie miałem pojęcia o niczym. Nina (158 cm wzrostu) ograła mnie raz jak dziecko, ale z drugiej strony ta "dziewczynka" waży ponad 60kg i robi 180 pompek w seriach po 20 bez większego wysiłku i przez całe życie trenuje gimnastkę sportową. Między innymi pod kierunkiem byłych wojskowych. Twarda jest (miałem możliwość się przekonać na własnym ciele, gdy biegłem z piłką, a ona bezceremonialnie wyjeżdżała mi z bara z szaleństwem w oczach).

A. I ognisko było. Duńczycy nie pieką kiełbasek, za to pieką chleb. Mają takie specjane ciasto, które nakładają na patyki, rozgniatają żeby było możliwie cienkie (bo się szybciej robi) i pieką nad ogniskiem. Dosyć słone, natomiast po zdjęciu z patyka smaczne, okrągłe i z dziurką na ketchup. Albo na parówkę. Albo na dżem. 

W międzyczasie wystartowała misja STS-119, montują ostatnie panele słoneczne do ISS, a NASA coraz bardziej dba o public relations - z korzyścią dla wszystkich miłośników astronautyki. Na Youtube jest masa "wideł" z różnych etapów różnych misji, między innymi świetne oprowadzenie po stacji przez jednego z jej mieszkańców. No i chyba Obama im budżet zwiększył, bo wreszcie kupili sobie jakiś porządny mikrofon. Niby tylko SM58, ale na początek może być:). W dodatku mają zdecydowanie lepszą jakość obrazu niż do tej pory, więc wreszcie wyraźnie widać, że mają IBMy z Windows XP na pokładzie, nawet domyślnego wygaszacza ekranu nie zmienili.

 

 
No, po tym jak zobaczyłem jaki oni mają tam bałagan, to stwierdziłem że zdecydowanie powienienem zostać astronautą.
Albo przynajmniej polecieć jako turysta. Niemniej byłem bardzo zdziwiony ciasnotą niektórych przejść, zwłaszcza tych "ratunkowych", w rosyjskiej części stacji. Polecam.
Dobranoc.
niedziela, 15 marca 2009
Dzienniki rowerowe III
 
1 , 2 , 3 , 4